piątek, 21 września 2012

Recenzja "Tajemniczej Urody" autorstwa oposy12 by piraniapink


RECENCJA „TAJEMNICZA URODA” AUTORSTWA OPOSY12
PiraniaPink
Do opowiadania „Tajemnicza uroda” a właściwie pierwszej części owej
serii, czyli „Upadłe Anioły”, napisanego przez Oposy12 podeszłam dość
sceptycznie. Sam tytuł zadziałał na mnie zaskakująco alergicznie, sprawiając, że
przed moimi oczami ukazało się wielka, biała toaletka z przeróżnymi
kosmetykami, nie wspominając już o wieku bohaterki. Postanowiłam jednak się
przełamać i przeczytać całe 95 stron, wyzbywając się uprzedzeń, jednocześnie

zastanawiając się ile lat ma autorka.

Niestety, chociaż bardzo starałam się dostrzec coś między wierszami
(zważywszy, że to moje pierwsza recenzja tutaj i nie chciałabym być zbyt
surowa), to jednak nie potrafiłam. Z przykrością muszę przyznać, że czytanie
teksu było niczym podwójna lekcja matematyki z moją kochaną profesor K. na
dodatek w piątek na ostatnich godzinach. Pozytywem jest to, że doceniłam
„Żelaznego Króla”, który wcześnie wyjątkowo nie przypadł mi do gustu, ale
przejdźmy do treści opowiadania.

Główną bohaterką „Tajemniczej urody” jest Ala Kunicka, czternastoletnia
dziewczyna o wyjątkowej urodzie, która straciła rodziców w pożarze. Od tamtej
pory mieszka w przybranej rodzinie. Oczywiście zastanawiający jest tutaj fakt,
że Ala twierdzi, że została ugryziona przez wampira ( nota bene nie została
przemieniona, ale ja się na tym nie znam, więc uznam, że tak ma być).
I to tyle jeśli chodzi o pozytywne strony. Od razu uderzył mnie fakt o
absurdalnym toku myślenia polskich nastolatków. Wybaczcie, ale jakoś nie
przekonuje mnie tutaj twierdzenie, że mogliby się śmiać i szydzić z tego, że
dziewczyna jest wyjątkowo ładna, owszem rozumiem zazdrość, ale żeby
pierwszą ich myślą było to, że miała miliony operacji plastycznych? Jakoś nie
pasuje mi to do obrazu kraju w jakim żyję. Ale może od czasu, kiedy ja
chodziłam do gimnazjum trochę się pozmieniało i teraz operacje plastyczne
przeprowadzane na czternastolatkach to normalne zjawisko.
Ala jest postacią bezbarwną. Nie posiada za grosz charaktery, a jej reakcje
mnie śmieszą! Poznajemy ją, kiedy pierwszy raz odwiedza szkołę i nawiązuje
znajomość z Monikę, która z marszu zostaje jej przyjaciółką. A zaraz potem
dowiadujemy się, że jej nauczyciel od wychowania fizycznego jest wampirem!
Tak, tak wampirem i to on ją ugryzł, zaraz po śmierci rodziców w pożarze,
jednocześnie lecząc jej poparzenia! I tutaj pojawia się pytanie, dlaczego w takim
razie Ala tak bardzo się go boi, skoro jej pomógł?
Może i nie byłoby to takie tragiczne (bo naprawdę można napisać niezłe
opowiadanie o wampirach, pomimo faktu, że wątek jest oklepany), ale liczy się
tutaj sposób w jakim autorka to przedstawiła. Jak to opisała… No właśnie: jak?
Tragicznie! Nie przekonuje mnie to, a wręcz śmieszy.
Autorka rzuca nam na tace ochłapy, nie umiejąc manipulować
czytelnikiem, nie wzbudzając w nim żadnych emocji. W świecie jaki stworzyła
nie ma nic prawdziwego, nic co przemawiałoby do wyobraźni i sprawiło, że
czytelnik znajdzie się wraz z Alą w jej rzeczywistości. W ogóle nie mogłam się
wczuć i śmiałam się, jak szalona, w chwili, gdy jak sądzę, miałam się zasmucić
czy zapłakać.
Ala jest dziewczynką naiwną, płytką i dość głupiutką, chociaż z drugiej
strony nie wiem, czy można jej przypisać te epitety (a naprawdę bym chciała, bo
byłby to jakiś plus), ponieważ Ala nie ma żadnych cech. Żadnych oprócz
tytułowej tajemniczej urody.
Przejdźmy jednak dalej. W szkole Ali pojawia się nowy uczeń.
Oczywiście jest tajemniczy, przystojny i najwyraźniej interesuje się naszą
bohaterką. Ala ma jednak inne problemy na głowie, a właściwie w głowie, czyli
tajemniczy głos nauczyciela! Wspomnijmy tutaj fakt, że nauczyciel, jak gdyby
nigdy nic zostaje zaproszony na obiad do Kunickich. Czytam dalej i nadal nie
dowiaduję się, jaki w tym wszystkim ma cel. Może się mylę, ale wątki powinny
być wyjaśniane. Bo niby dlaczego nauczyciel miesza jej w głowie i zastrasza?
Nie wiadomo.
To jednak nic, bo problemy Ali ciągną się dalej, a wszystko sprowadza się
do tego, że jej rodzice zostają porwani, prawdopodobnie przez wilkołaka. Tak
więc, rozpoczyna się akcja ratunkowa, w której pomaga jej tajemniczy, nowy
uczeń – Sebastian – jej opiekun. Bo Ala jest aniołem!
I znowu nic nie trzyma się kupy. Począwszy od tego, że w jednej chwili
Ala, a właściwie autorka, twierdzi, że nie wiadomo czy istnieją czarownice i
wilkołaki, a w drugiej mówi nam, że Ala musi znaleźć klub dla wybranych,
czyli właśnie dla tych stworzeń! Pytam, więc, co tu jest nie tak!?
Jakby tego było mało Ala zakochuje się w Sebastianie, a opis tych uczuć
jest tak żałosny i płytki, że zbiera mi się na wymioty, a mój żołądek sprawia
wrażenie jakby wolał być nabity na dzidę jakiegoś eskimoskiego myśliwego, niż
znajdować się przed komputerem. Jakim cudem w ciągu jednej chwili mogą się
w sobie zakochać? Ni stąd ni z ową Sebastian twierdzi, że ją kocha, ale nie
mogą być razem. I pytam DLACZEGO? Wątek oczywiście nie jest wyjaśniony.
Po prostu autorka wymyśliła sobie, że anioł nie może być z opiekunem. Koniec,
kropka, czytelnik nie zadaje pytań.
Nie podoba mi się tutaj również sytuacja, w której Ala zostaje
zaatakowana przez orła i nawet nie chodzi o samego orła, ani o fakt, że z tego
powodu zapada w śpiączkę i podsłuchuje dziwną rozmowę na temat Sebastiana.
Zadziwiające jest to, że kiedy tylko się budzi, nie myśli o niczym innym, tylko o
jedzeniu. Co tam porwani rodzice i dziwne zjawiska, które swoją drogą
przyjmuje jak informacje o tym, że niebo jest niebieskie, skoro jej żołądek jest
pusty! Podążajmy na pierwotnym instynktem! Nażryjmy się!
Kolejnym dziwnym zjawiskiem jest to, że Matylda, dorosła kobieta, która
powinna być odpowiedzialna i no… na Boga odpowiedzialna (!) (kim właściwie
jest Matylda? Opiekunką opiekuna Sebastiana? I po co aniołowi opiekun?),
zawodzi dwójkę czternastolatków (!) do nocnego klubu dla wybranych i
doskonale zdaje sobie sprawę, że mogą zostać zabici i że ryzyko jest wielkie.
Kto tak robi!? Na pewno nie Matylda. Nawet nie mówi im zwykłego
„powodzenia”, czy „uważajcie na siebie”!
W klubie zaczynają się problemy. Opiekun okazuje się mięczakiem,
którego wykańcza jeden cios i Ala musi sobie radzić sama. Oczywiście zjawia
się drugi przystojniak, starszy i tajemniczy, a do tego nie miły i chamski. Nie
mija kilka godzin, a Ala jest w nim śmiertelnie zakochana ( Bo jak tu się nie
zakochać w niesympatycznym nieznajomym? Ważne, że przystojny), do czego
nie chce się przyznać, a i sam zainteresowany Shane, bo tak się zwie chłopczyna
zmienia punkt widzenia i z niegrzecznego chłopca (swoją drogą to jedyna
postać, która miała zalążki jakiegokolwiek charakteru, ale autorka skutecznie
zabiła również ten pozytywny cień), staje się miłym, chętnym do pomocy,
całkowicie papierowym i do bólu przewidywalnym chłopcem.
Akcja nabiera tempa, kiedy Ala zaczyna odkrywać swoją naturę anioła i
miewa coś na kształt wizji. Oczywiście poznajemy Paulinę, byłą Shane’a, która
ma im pomóc, nie wiem jak, nie chce nawet wiedzieć…
Akcja ratunkowa przebiega gładko jak po maśle i myślę, że na jedno by
wyszło, gdyby autorka napisała, że wrogie wilkołaki i wampiry sami sobie
poderżnęli gardła. Po co męczyć naszych bohaterów? Bohaterów przez duże B,
bo nawet nie mieli zadraśnięcia. Oczywiście jeśli nie liczyć, jakiejś dziwnej
formułki, która sprawiła, że Shane i Paulina zawiśli sobie w powietrzu. Mamciu,
serio? W takim razie, każdy ich wróg powiedziałby sobie „Anioły najwyższych
rzędów coś tam coś tam. Wzywam was” i anioły by wykitowały, czyż nie? Ale
oczywiście Ala jest dzielna i odnajduje biednego Shane’a, nie zaprzątając sobie
głowy Sebastianem, w którym niecałą chwilę wcześniej była śmiertelnie
zakochana i zrozpaczona z powodu ich zerwania. Bo tak trzeba!
Shane w asyście mojego szaleńczego śmiechu wyznaje Ali, że jest
aniołem, a właściwie kupidynem… nie, przepraszam! Aniołem Miłości! I że jest
w niej zakochany. Ala przypomina sobie, że jednak istnieje ktoś taki jak
Sebastian (Halo, to miała być akcja ratunkowa! Tam giną twoi rodzice
dziewczynko!), ale mimo to czuje coś do Shane’a i postanawia go ratować. W
tym celu musi zabić tego, kto wypowiedział formułkę „zaklęcia” i oczywiście
robi to po pięciu sekundach. Co tam potężny wampir, silny i z ostrymi zębami,
skoro nasza Ala ma osikowy kołek! Tutaj też mógł go sobie wpić sam, co za
różnica. W międzyczasie okazuje się, że Paulina ich zdradziła i że tajemniczy
wampir, jak dobrze pamiętam Paolo, którego zabija Ala mówi jej, że porwał jej
rodziców, aby ją ściągnąć, bo Paolo poluje na wampiry! Tyle trudu dla
czternastolatki? Nie mógł po prostu jej zabić na ulicy? W końcu to bezbronne
dziecko!
Kiedy Ala wraca do Shane ten nie żyje! I myślę, że to jest ten moment, w
którym autorka zamierzała zmusić potencjalnego czytelnika do łez, ale ja
niestety znowu dobrze się ubawiła, a nawet poplułam monitor, kiedy Ala
wyznała zmarłemu miłość i on ożył! Tak, tak ożył! Bo miłość silniejsza niż
śmierć! Rodzice Ali ratują się sami (zupełnie, jakby moje sugestie wreszcie
zostały wysłuchane). Swoją drogą tata Ali ma dar telekinezy, a mama jest w
połowie czarownicą. A Ala i Shane żyją długo i szczęśliwie. Wypadałoby tutaj
też dodać, że niestosowne jest obściskiwanie się z nowym chłopakiem i wielkie
wyznania miłości, kiedy obok stoi były, z którym zerwało się kilkanaście godzin
wcześniej… Ale Ala ma gdzieś uczucie innych, jeśli Ala ma jakiekolwiek
uczucia.
Podsumowując… Chętnie podziękowałabym Oposy12, za to, że dzięki
niej matematyka nie wydaje się być taką męczarnią i że niektóre beznadziejne
książki, nagle zyskały same plus, jednakże…
Nie wiem ile lat ma autorka, może dwanaście, bazując na nicku, ale jej
styl jest koszmarny, albo raczej brak stylu. Począwszy od tego, że interpunkcja i
zapis dialogów uciekły w puszczę albańską, a skończywszy na tym, że logika
opowiadania i czas w jakim jest ono napisane błąkają się gdzieś na Borneo.
Autorka raz pisze w czasie przeszłym, raz w teraźniejszym, a jeszcze w innych
momentach, pisze tak, że mimo szczerych chęci, nie mogę się połapać o co
chodzi.
Opowiadanie jest płytkie, nieprzemyślane i brak mu spójności.
Bohaterowie nijacy, papierowi i nawet nie irytują, opisy również nie należą do
udanych, a opisy postaci w stylu „Miał jasne włosy, niebieskie oczy. Był
wysoki”, sprawiają, że odpryskuje mi lakier na paznokciach. I chociaż naprawdę
starałam się znaleźć jakieś plusy, coś dzięki czemu mogłabym napisać, że warto
przeczytać tę pozycję, to niestety nie mogłam. Zmarnowałam czas, nabawiłam
się głębokiego urazu, ale przynajmniej się pośmiałam. Poleciłabym jedynie tym,
którzy chcą się nauczyć, jak NIE pisać. W skali od 0-10, dałabym +2, za dobre
chęci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz